"Poliamoria i PRL"

"Poliamoria i PRL", autor: ODO, 2014-02-15


    Ostatnio tyle się namnożyło artykułów w prasie poświęconych poliamorii, że autorytety moralne z każdej strony czują się w obowiązku do owej kwestii nawiązać i oczywiście gromić ją w imię wyznawanych przez siebie wartości. Poliamorycy zostają więc określani jako występcy i lubieżnicy, fascynaci nowomody, wreszcie wedle słów jednego z ekspertów jako „wyznawcy ideologii wczesno komunistycznej”, samobójcy emocjonalni i finansowi, wreszcie osoby z wyższych kręgów społecznych [?]. Szum medialny jest spory, a z wypowiedzi licznych krytyków, można odnieść wrażenie, że głownie intryguje ich jak poliamorycy TO robią. Zatem bomba, sensacja i absolutne novum! Czy rzeczywiście? Czy poliamoria to faktycznie coś, czego świat do tej pory nie widział? Nie… I nie mamy tu zamiaru odwoływać się do zamierzchłych czasów, do starożytnej Persji, Grecji czy wreszcie Chin, ale zwrócić uwagę, że zjawisko to już było znane za czasów poprzedniego, jedynie słusznego systemu. Być może nie operowano wówczas jeszcze dzisiejszą nazwą, ale fenomen istniał i bynajmniej nie mamy tu na myśli tajnych wizyt żonatych mężczyzn u sąsiadek. Chodzi nam o otwarte pozostawanie w związku z więcej niż jedną osobą, przy czym sprawy serca mają tu zdecydowany priorytet.
    W 1963 roku u steru władzy znajduje się towarzysz Wiesław znany nie tylko z długich monologów partyjnych, ale również purytańskiego trybu życia. Przemysł filmowy jest pod czujnym okiem cenzury i trzeba doprawdy typowo polskiego paradoksu, że w tym czasie powstaje film „Dwa żebra Adama” w reżyserii Janusza Morgensterna. Jest to komedia, której akcja rozgrywa się w małym miasteczku – Godach. Właśnie wraca do niego inżynier Wiktus (Zygmunt Kęstowicz), do tej pory przebywający na kontrakcie za granicą. Z listów, jakie śle do przyjaciela dowiadujemy się, że choć w Ojczyźnie pozostawił żonę – Helenę (Ewa Wawrzoń), za granicą ponownie wstąpił w związek małżeński – tym razem z piękną Włoszką – Paolą (Joanna Kostusiewicz). Bigamia? To byłoby za proste! Z Polką bowiem łączy go ślub kościelny, a z Włoszką cywilny… Tymczasem zagraniczna żona przybywa do Polski, do swego męża i tu następuje spotkanie – nie tylko zakochanych, ale również dwóch małżonek. Cała sytuacja powoduje ferment w tradycyjnej społeczności, która choć podzielona na partyjnych i wierzących, w tej sprawie okazuje niezwykłą solidarność. Tymczasem Helena zgadza się, aby cudzoziemka zamieszkała z nimi wspólnie pod jednym (polskim!) dachem, trzeba przecież sytuację jakoś w „kulturalny” sposób załatwić. Natomiast Paola mówiąc tylko w swym języku myśli, że wielożeństwo to taki polski zwyczaj. Pomiędzy nimi znajduje się inżynier, który oświadcza otwarcie, że kocha i jedną, i drugą, i że z żadną, mimo nalegań, nie ma zamiaru się rozwieść.  
    Na ekranie pojawia się cała galeria różnych postaci i typów, wygłaszających swoje oceny, zazwyczaj ujęte w satyryczny sposób. Mamy więc i przewodniczącego lokalnych wolnomyślicieli, który publicznie ogłasza nadejście „epoki wolnego doboru seksualnego”, by następnie zostać zbesztany w domu przez apodyktyczną żonę. Jest i dyrektor uosabiający konserwatywne skrzydło Partii, który wieczorami odwiedza swą kochankę, by bezpośrednio przed zbliżeniem, gromić niemoralność Wiktusa. Jest i galeria miejscowych kumoszek, które wygłaszają takie poglądy, że dwóch mężów to dwa razy więcej pijatyk i awantur domowych. Nad całym tym powiatowym uniwersum królują dwa autorytety, ukazane w sposób poważniejszy od innych: sekretarz Partii i proboszcz. Zaskoczeni całą sytuacją, nie potrafią jednak zmierzyć się z problemem, niemniej są zaniepokojeni możliwymi skutkami społecznymi…   
    Cała akcja jest poprowadzona zręcznie, a reżyser stara się niejako spojrzeć na kwestię poliamorii w sposób bezstronny: jako coś nowego, niekoniecznie złego, a nawet niosącego pozytywy: małżeństwo poliamoryczne jest przedstawione jak związek cichy i zgodny. To zresztą powoduje zgrozę tradycjonalistów: wiadomo bowiem, że małżeństwo powinno być Golgotą, a dzień bez awantury jest dniem straconym. A wszystko to w imię porządku społecznego.
    Niemniej jak dalece byśmy filmu nie chwalili, trzeba wskazać też na jego minusy, na to, co obecnie można w najlepszym razie określić jako anachronizm. Kobiety, choć sportretowane w filmie we wszelkich możliwych typach, dzielą jedną cechę: ich życie jest nakierunkowane na mężczyzn. W małżeństwie głównych bohaterów panie dogadzają swemu mężowi, jak tylko potrafią. Prowadzą dom, podają frykasy, częstują trunkami i generalnie starają się być piękne i atrakcyjne dla pana domu, który w tym czasie wygodnie rozparty na fotelu pozwala się obsługiwać. Przyjazd urodziwej Włoszki powoduje, że mieszkanki Godów tłumnie udają się do sklepu, aby kupić dla swych mężów makaron i w ten sposób odwrócić ich uwagę od cudzoziemki. Główne stanowiska w małej mieścinie obsadzone są przez mężczyzn, natomiast kobietom pozwala się co najwyżej na kierowanie Ligą Kobiet, sportretowaną zresztą w lekko groteskowy sposób.
    Takich przestarzałych już obrazków jest sporo, ale trzeba też zwrócić uwagę, że też takie były owe czasy. Zmiany wprowadzane przez realny socjalizm z reguły były kosmetyczne, całkowicie fasadowe. Kwestia równouprawnienia czy wychowania seksualnego trafiała na prowincji na grunt twardy i jałowy. Ale to już w sporej części historia, taką przynajmniej mamy nadzieję. Niemniej owe relikty minionej epoki nie burzą generalnie pozytywnego wydźwięku filmu, w którym sympatia twórców jest po stronie poliamoryków. Na podkreślenie zasługuje dodatkowo naprawdę świetna gra aktorska oraz  komiczne dialogi, często zresztą śmieszne wbrew intencji reżysera („Ty, Janek żyjesz w bigamii, ty, stary partyjniak, dusza godziańskiej klasy robotniczej podważasz ludową moralność.”).
    Co więcej wiele z argumentów, jakie wygłasza główny bohater nadal nie straciły na aktualności: czemuż żyć w zakłamaniu? Czy można kochać tylko jedną osobę? Czy wielomiłość to sprawa tylko seksu? I wreszcie: czy w imię źle pojmowanej tradycji należy poświęcić swoje osobiste szczęście? Niestety film nie podaje gotowej odpowiedzi, w tych czasach bowiem nie mógł jej ze względów cenzuralnych podać. Zatem piękna cudzoziemka jak nagle się pojawiła, tak nagle wyjeżdża. Sprawy wracają pozornie do normy, a socjalizm zostaje uratowany. A my tylko będziemy się zastanawiać, ile polskie małżeństwo wytrzymało w powszechnie obowiązującej normie…  

 

  POLYAMORY  friendly <Copyrights © 2012 – philianizm.pl>